W poszukiwaniu domu

Ostatnio coraz częściej pojawia się w moim życiu słowo „dom”. Głównie ze względu na moje plany i najbliższych z mego otoczenia. Przeważnie mowa o nieruchomości a ściślej budynku mieszkalnym, w którym zgodnie z literą prawa powinniśmy być zameldowani z zamiarem i faktycznym zamieszkiwaniem. Jednak jak dobrze wiemy meldunek nie w pełni oddaje to wielowymiarowe słowo. W końcu sama nie mam jednego, jedynego ośrodka interesów życiowych jak to określa się pięknie w prawie podatkowym: centrum interesów osobistych lub gospodarczych podatnika. W związku z czym, należałoby poszukać jeszcze innych definicji. Czym zatem jest dom, skoro nie miejscem, w którym mieszkamy? I dlaczego akurat domem potrafimy nazywać odległe zakątki, w których nie byliśmy latami?

Pozwólcie jednak, że coś na wstępie wtrącę. Wybrałam się niedawno oglądać nowe mieszkanie moich znajomych. Oprowadzali mnie po pokojach, opowiadali historie i perypetie, jakie wiązały się z wykończeniem każdego kąta. Generalnie był to standardowy scenariusz spotkania zajaranych nowicjuszy z kredytem hipotecznym. W końcu skoro tak wiele inwestujesz, a dodatkowo bierzesz na siebie odpowiedzialność spłacania rat to musi Ci po prostu cholernie zależeć, więc możesz o tym opowiadać bez końca. Jednak do rzeczy. Niechcący zwróciłam uwagę na pewien aspekt, który przewijał się nieustannie między historią o glazurniku gadule, a kieliszkach z Pepco lepszych od tych z Ikei. Mianowicie, moja para znajomych czuła się obco w tej dzielnicy, na tym osiedlu, w tym bloku. Wracali wspomnieniami do poprzedniego miejsca, w którym mieszkali kilka lat. Powiem więcej. Pomimo przeprowadzki potrafią przejechać kilkanaście kilometrów tam i z powrotem, aby kupić w okolicznych sklepach, które kiedyś mieli za rogiem, swoje ulubione przysmaki. Nadal są związani z tamtym miejscem, co jest absolutnie normalne z uwagi na krótki czas jaki upłynął od momentu zabrania ostatnich rzeczy. Czy zasymilują się z nowym? Zapewne tak. Potrzeba do tego zapuszczenia korzeni, stworzenia wspomnień, poznania otoczenia i ludzi.

Dom daje poczucie czegoś stałego, co nie ulega zmianom. Czujemy bezpieczeństwo i spokój znajdując się właśnie w obrębie domu. Dlatego tym terminem wciąż nazywamy miejsce, w którym się wychowaliśmy lub, w którym nadal mieszkają nasi rodzice. Pamiętamy to, co z dzieciństwa najpiękniejsze. Wspominamy zakamarki, w których się chowaliśmy lub wieszaliśmy plakaty boysbandów i drużyn piłkarskich. Wiemy, że zawsze możemy tam wrócić i być przywitani z otwartymi rękoma. Choćby tylko w myślach.

Jednak dla wielu osób takich jak ja, fizyczny dom, to tylko kropka na mapie. Może dlatego, że trochę się już w życiu przeprowadzałam, a może dlatego, że z natury szybko się przystosowuję do zmiennych warunków. Zatem moja definicja domu będzie inna, oparta na trzech filarach. Po pierwsze, na bliskich memu sercu. Po drugie, na samorealizacji. Po trzecie, na przystani dającej swobodę i równowagę. Tam nie muszę walczyć, lecz odpoczywam. Dzielę się i przyjmuję. Zwalniam, by dostrzec to, co ważne i do czego dążę. Dom, to po prostu miejsce, w którym jestem szczęśliwa.

Morał z tej bajki jest taki. Twórzcie dom tu i teraz, z tego co macie i z kim jesteście. Pielęgnujcie swoją szczęśliwą oazę, bez względu na to, gdzie zasypiacie i gdzie się budzicie. To jedyne, co w tej chwili macie.

Może Ci się również spodoba