Jej Wysokość „Queen”

 

Miałam może 4 czy 5 lat, gdy w moje ręce trafiła kaseta z muzyką, która wyrywała wprost moje malutkie stópki do tańca. Szczerze powiedziawszy nie znałam nawet nazwy zespołu, choć piosenki nuciłam bezbłędnie. Dziecięcą tragedię przeżyłam, gdy mając 7 lat dowiedziałam się, że wokalista, którego głos tak bardzo chciałam naśladować, nie żyje prawie tak długa jak ja już byłam na tym świecie. Jakoś nie mogłam pojąć moim małym rozumkiem, że przeboje i talent mogą stać się na tyle legendarne by pozostać ponadczasowe wciąż wzbudzając emocje. Nadal mam ogromny sentyment do tego zespołu, dlatego też od 3 miesięcy wyczekiwałam premiery filmu poświęconego Queen i ich niezwykłej historii. Z grupą zapaleńców udało nam się w końcu dograć terminy i zobaczyć w kinie „Bohemian Rhapsody” – film, podczas oglądania którego czuliśmy się jak na niezapomnianym koncercie.

 

Można przyjąć, że głównie podążamy za Freddie Mercury’m, ale tak naprawdę poznajemy wszystkich czterech członków zespołu Queen. Freddie dołącza do już istniejącej kapeli, która właśnie straciła wokalistę. Od tego momentu jesteśmy świadkami serii niesamowitych zdarzeń, których inicjatorem jest niepokorny i podążający za marzeniami potomek Parsów urodzony w Zanzibarze, czyli Freddie. Każdy z członków zespołu ma talent i pasję, razem mogą wszystko, ale bez siebie już nic nie znaczą. W miarę, gdy ich kariera nabiera tępa, stają się królami nie do podrobienia tworzącymi unikatową muzykę mieszającą gatunki, ich osobowości się wyostrzają a czasem kontrastują, to coraz bliżej im do rozłamu. Freddie od początku był kimś jakby nie z tej planety, jednak sukces sprawił, że woda sodowa uderzyła mu do głowy. Podążamy zatem za bohaterami poprzez czas ich prosperity, a następnie widzimy jak machina Queen traci na sile z uwagi na wewnętrzne nieporozumienia i prywatne problemy. Jednak jak przystało na hollywódzką produkcję, pomimo wcześniejszych kłótni i choroby Freddiego, wspólne dzieło łączy jak rodzina.

Ta barwna historia przepełniona amerykańskim snem o sukcesie, to hołd rzecz jasna składany niezapomnianemu zespołowi, ale też przypowieść o byciu tym, kim się jest naprawdę. Freddie nie starał się uchodzić za ideał czy kogoś innego, ale był na tyle pewny siebie, aby uzewnętrznić się ze wszystkim swoimi pragnieniami. Dzięki temu był taki unikatowy i charyzmatyczny, bo robił to co czuł, a nie na odwrót. Dzwonił, zamiast czekać na telefon, zaczął nagrywać płytę, zanim wytwórnie się o nich dowiedziały, stawiał na decyzje zespołu, a nie producentów. W końcu marzenia się same nie spełniają, lecz marzenia się spełnia i dąży do celu ze wszystkich sił, konsekwentnie za nim podążając.

Dobrze opowiedziana historia to jedno, ale na uznanie zasługuje również genialne aktorstwo czy charakteryzacja. Rami Malak grający Freddiego i Gwilym Lee grający Briana absolutnie zasługują na pochwałę za oddanie ich odmiennych charakterów, osobowości czy ruchów. Z pewnością wiele pracy wymagało odwzorowanie zachowań podczas koncertów czy sposobu w jaki się wypowiadali. Stroje, przebrania i charakterystyczne elementy show nieodłącznie kojarzą nam się z Queen, czego również nie zabrakło na ekranie.

Jednak, co spajało scenariusz, aktorstwo, charakteryzację i efekt widowiska? Oczywiście, że muzyka, muzyka, muzyka. Niektórym nawet zakręciła się łezka w oku od wspomnień i głębi niektórych tekstów. W drodze powrotnej z kina nie omieszkaliśmy włączyć w samochodzie przebojów Queen i śpiewać ich na cały głos, tak wielki jeszcze czuliśmy niedosyt po ponad dwugodzinnym seansie. To mówi samo za siebie. Zatem ruszajcie do kin.

***

„Bohemian Rhapsody” reż. Bryan Singer, gł. role: Rami Malak, Lucy Boynton, Gwilym Lee, Ben Hardy, Joseph Mazzello.

Źródło zdjęć i fotosów: www.filmweb.pl

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *