Pomalutku nie dam rady…

DSC03129

Mamy prawie połowę listopada, a ja nawet nie wiem, kiedy te dni mi przeleciały. Z prędkością błyskawicy zagości też i grudzień, bo znowu mam ręce pełne roboty.

W zeszłym tygodniu byłam na Konferencji w Warszawie, w następnym będę w Łodzi, by pod koniec listopada znowu zawitać w Warszawie.

W przeciągu paru dni muszę uszczegółowić referat i przygotować prezentację. Ponadto dopracowuję koncepcję doktoratu  – presja czasu jest ogromna, gdy chce się wykazać z jak najlepszej strony na najbliższym zebraniu Katedry. Zajęcia wprawdzie nie zajmują zbyt dużo czasu (do końca listopada będą to 2 dni), ale absorbują moją uwagę i wymagają przygotowania. Nie mogę zapomnieć o mojej stronie, o którą muszę się systematycznie troszczyć.

 Jest jeszcze życie prywatne. W ten weekend mamy zamiar obchodzić imieniny babci, które wypadły w zeszłym tygodniu, ale organizacyjnie termin dla wielu osób był nie do pogodzenia. Co mnie zatem czeka w domu? Pieczenie tortu – to na pewno. Reszta okaże się w praniu. Obchodzenie imienin to pretekst do spotkania w komplecie, cieszenia się ze wspólnie zjadanego obiadu i dyskusji przy mocnej kawie. Ciekawe jakie wrażenia z urlopu sprzeda nam moja siostra, jak wyglądają prace wykończeniowe nowego mieszkania brata, jak się studiuje w stolicy drugiemu bratu oraz jakimi roślinkami na działce pochwalą się ciocia z wujkiem? Są to przecież aspekty prozaicznego życia, bo świat nie kręci się jedynie wokół pracy, prawa, podatków czy konstatacji na tematy, które nie dotykają nas wprost.

Jeśli mowa o zwyczajnych rozmowach, dzisiaj, po owocnym siedzeniu/pisaniu w czytelni, spotkałam się z moją przyjaciółką. Ostatni raz widziałyśmy się ponad miesiąc temu, a przez ten czas sporo się w naszym życiu zmieniło. I choć szara jesień zawitała za oknem, na chwilę zapomniałyśmy o narzekaniu i skupiłyśmy się na tym co nas dobrego ostatnio spotkało i co dziać się będzie w przyszłości.

Cieszą mnie również nasze zebrania paczki; rzadkie, bo rzadkie, ale niezwykle wyczekiwane. W niedzielę udało nam się skompletować prawie wszystkich w Kawelinie – tych z Białegostoku, z Warszawy i z Krakowa. Minął już ponad rok odkąd skończyliśmy studia, a mimo to nasza przyjaźń trwa – niech to się nie zmienia. Spotkania z paczką prawników i jednym informatykiem na długo nastrajają mnie uśmiechem i dobrym samopoczuciem.

Codzienne życie wiąże się z obowiązkami związanymi z zachowaniem zdrowia, urody i formy. W terminarzu pełnym wyjazdów i zadań do odhaczenia musi znaleźć się czas na ćwiczenia – około 5 h w tygodniu. Ważne jest dla mnie zdrowe odżywianie, dlatego sama przyrządzam świeże posiłki. Obowiązki kulinarne mogą być uciążliwe, ale zapominam o włożonym trudzie, gdy uzmysłowię sobie, że nie dopada mnie zmęczenie ani przeziębienie, a już na pierwszy rzut oka widać, że wyglądam zdrowo. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dobra zupa to podstawa – a taką można ugotować jedynie w domu. Gdy jestem (jak to się mówi) w terenie, jedzenie osoby na diecie bezglutenowej stanowi uciążliwość, bo mogę korzystać z ograniczonej puli produktów dostępnych w sklepach, a dania na mieście obarczone są dużym marginesem niebezpieczeństwa. Może właśnie z tej przyczyny nie jestem fanką podróżowania, ale miejmy nadzieję, że świat pójdzie do przodu i wyjdzie na przeciw moim oczekiwaniom w bardziej dostępny sposób.

 Ostatnio łapię się na tym, że wykonuję kilka czynności jednocześnie albo jem przy włączonym laptopie – wiem, nie powinnam. Mądrze byłoby wyznaczyć sobie jakieś ramy czasowe: w tych godzinach pracuję, w tych zajmuję się domem, w tych mam czas na rozrywkę, w tych czas na sport, ale niestety takie są uroki mojego trybu życia. Szczerze, mimo wszystko nie zamieniłabym go na inny.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *