Za kolorowym obrazkiem nie kryje się łut szczęścia, lecz niewygoda

Starszyzna ma za zadanie opowiadać legendy i historie rodu celem kultywowania tradycji z myślą o potomnych. Na przykład takie, że jako dziecko teoretycznie byłam grzeczna i ułożona, ale praktycznie to wychodziło ze mnie uparte ziółko, które wciąż się wierci. Niby wysłuchałam, co inni mają mi do powiedzenia, ale i tak robiłam zgodnie ze swoim pojmowaniem słuszności i forsowałam swoje plany. Tym sposobem kręciłam się coraz bardziej zamiast siedzieć spokojnie w jednym miejscu tam, gdzie mnie posadzą. Patrząc z perspektywy czasu, naprawdę ta cecha procentuje i opłaca się być wiercipiętą, który nie boi się niekomfortowych sytuacji, bo wie jaka czeka go nagroda.

Tak, przyznaję się, lubię zdobywać jak fashionistki podczas letnich wyprzedaży. Można przyjąć, że to moje wiercenie wynikało w głównej mierze z dużego apetytu na więcej. Dzięki wierceniu rozciągałam się wzdłuż stołu, sięgałam sama po smakołyki oddalone ode mnie i co chwilę zmieniałam perspektywę, by nic mi nie umknęło. Wychodziłam z założenia, że skoro coś jest na wierzchu nie muszę przecież nikogo pytać czy prosić o pozwolenie – sama mogę to sobie wziąć tak, jak dorośli, choćby wymagało to ode mnie sporo gimnastyki. Wydawało mi się, że inne dzieci też tak się zachowują. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że większość z nich albo krzykiem i histerią próbowało wymusić na dorosłych nakarmienie słodyczami, do których nie sięgały albo płakały ze smutku, że nie mają nic słodkiego. Podczas, gdy mi (w pocie czoła, ale jednak) na ogół udawało się zdobyć cel, inne dzieci o wiele rzadziej otrzymywały od dorosłych to, czego rzeczywiście chciały.

Nie piszę tego po to, żeby celebrować łakomstwo lecz pokazać pewien mechanizm. Wielu osobom wydaje się, że ktoś miał wielki łut szczęścia, dlatego ma dobrą pracę, trafił na fajnych ludzi, wygrał konkurs, dostał dobre geny, a pieniądze same trafiły mu na konto. Te osoby będą zatem dziećmi czekającymi na swoją kolej, które ze swej zazdrości i frustracji będą domagać się pewnych rzeczy od tak lub pomawiać innych, którym udało się zrealizować marzenia. Nie zdają sobie sprawy z tego, że za kolorowym obrazkiem sukcesu stoją lata wyrzeczeń, podejmowanie ryzyka i godzenie się na niewygodę, by te cele osiągnąć.

Ostatnio moja koleżanka opublikowała post podsumowujący jej ostatnie 2 lata wraz ze zdjęciem, na którym stoi z kieliszkiem szampana w ręku w pięknym otoczeniu. Ma co świętować, bo właśnie ukończyła studia z wyróżnieniem. Poza nauką pracowała, brała udział w kolejnych projektach, odbywała staże, podróżowała, kupiła i wykończyła mieszkanie. W międzyczasie poznała swojego obecnego chłopaka, z którym jest już od ponad roku. Dodam jeszcze, że wcale nie przypomina brzyduli czy nerda, a jest przepiękna, wysportowana i niezwykle kobieca. Można? Ależ oczywiście, że można. Ona z pewnością może być przykładem dla innych.

Jaka jest zatem recepta? Należy postawić sobie cele, realizować poszczególne działania i, pomimo niewygody, pogodzić się z oddaloną w czasie gratyfikacją. Chcesz spać dzień w dzień do południa. Super, ale nie dziw się, że, gdy Ty dopiero otwierasz oczy, Twój sąsiad zdążył już przebiec 10 km, upiec chleb i skosić trawnik przed domem, więc ma ciało Adonisa, lepsze zdrowie i zadbany ogród. Zdecydowanie nie jest to łut szczęścia, lecz efekt jego codziennych, niekomfortowych decyzji.

Kolorowy obrazek nie bierze się znikąd. Właśnie dlatego warto powiercić się na tym wygodnym krześle i sięgnąć po to, o czym marzymy.

Może Ci się również spodoba