Wolność wyboru, czyli o tym dlaczego lepiej przyciągać niż popychać

Odkąd pamiętam denerwowali mnie ludzie, którzy chcieli decydować za mnie. Delikatna sugestia była zbyt miękką formą wywierania wpływu, więc obierali drogę tarana wywarzającego moje obronne drzwi. Pchali się zwłaszcza tam, gdzie nie trzeba, tam, gdzie zupełnie nie chcę by ktoś wchodził, tam, gdzie ich nachalna pomoc jest równie zbyteczna co kożuch w upalny dzień. Dlatego nieustannie bronię swojej wolności wyboru i popychanie mnie do zrobienia czegokolwiek będzie spotykało się z moim upartym „nie”. I wcale nie jestem pod tym względem jakaś wyjątkowa.

 

Agresorzy, wykorzystujący metodę popychania („push”) innych do decyzji, to osoby, które zupełnie nie dają Ci przestrzeni do wyrażenia swojej opinii, bo liczy się tylko ich widzimisię i realizację ich celów. Mało kto z mojego otoczenia dobrze czuje się w sytuacjach, gdy zostaje przyparty do muru. Może i ulegnie raz, ale za drugim postanowi bronić się ze wszystkich sił albo uciekać, gdzie pieprz rośnie przed kimś, kto w taki sposób próbuje na niego wpłynąć. W końcu naszą naturalną obroną na ofensywę jest defensywa lub ewakuacja, w zależności od tego, czy jesteśmy w stanie przeciwstawić się drugiej stronie. Jakby na to nie spojrzeć, agresywne popychanie prowadzi do stworzenia dwóch wrogich obozów i wywierania niezdrowej presji, która tylko na krótką metę może dawać korzyści. O wiele lepsze efekty, zwłaszcza w dłuższej perspektywie czasowej, daje podejście „pull”, czyli przyciągania. Zjednując sobie powoli czyjegoś zaufanie i do niczego tej osoby nie zmuszając, możemy pokazać jej kierunek i zaszczepić w niej pewne idee, które z czasem będę kiełkować w jej umyśle. Następnie ta osoba zacznie się identyfikować z tym, co pragniemy jej przekazać. Najlepszym tego przykładem w relacjach biznesowych jest sprzedaż usług profesjonalnych, a w życiu codziennym wychowanie dzieci. W obu przypadkach mamy do czynienia z bliższymi relacjami, które wymagają przemyślanych kroków i poświęcenia dużo czasu, aby zobaczyć wymierne efekty.

W dzieciństwie nikt w domu nie zmuszał mnie do nauki, ani nie ganiał, bym odrobiła prace domowe. Może dlatego, byłam ciekawa nowej wiedzy, a nauka nie wiązała mi się z przykrym obowiązkiem. Żyłam w przeświadczeniu, że dorośli niczego mi nie kazali, ani niczego mi nie zabraniali, choć z perspektywy czasu wiem, że była to iluzja. Dyscyplina wychodziła niejako niechcący. Nie dyskutowało się z porannym wstawaniem, bo przecież sama musiałam dotrzeć do szkoły i nikt mnie w tym nie wyręczał. Zasady były proste – jeżeli domowe obowiązki były wykonane, to mogłam swój wolny czas poświęcić na cokolwiek, co sobie wymyśliłam, wracać późno, wyjeżdżać i nocować poza domem. Miałam swoją nagrodę za mój trud, ale i czułam niezależność właśnie wtedy, gdy na nią sobie zapracowałam. Nie przypominam sobie również żadnej sytuacji, w której ktokolwiek zmuszałby mnie do udziału w konkursach, uczęszczania na dodatkowe zajęcia czy treningi. Chciałam wygrywać, robić interesujące rzeczy i czuć zastrzyk dopaminy, by nie utonąć w szarej masie przeciętności. Za to pamiętam, że od najmłodszych lat powtarzano mi „Przyszłość jest Twoja, więc od tego, co będziesz robić teraz zależy to, kim będziesz jutro”. Trzeba przyznać, że był to pokaźny bagaż odpowiedzialności za siebie, zwłaszcza gdy słyszysz takie słowa od przedszkola, a one tkwią gdzieś głęboko w Tobie i już pozostaną tam na całe życie.

Dlatego w dalszym ciągu, chcę mieć świadomość, że to ja decyduję o sobie i wybieram to, co dla mnie najlepsze. Zatem wszystkim Paniom i Panom „Pushy” bardzo dziękuję i życzę powodzenia z kimś innym.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Stały czytelnik napisał(a):

    Szanowna Pani

    Takie pytanie odnośnie tematu. Czy lepiej popychać, czy być popychanym? Czasem nie ma innego wyjścia.

    Z poważaniem
    Stały czytelnik