„Her” – bo miłość zaczyna się w głowie

Podczas zakochania nasz organizm wariuje, a w mózgu zachodzi produkcja neuroprzekaźników, noradrenaliny czy narkotyków takich jak fenyloetyloamina, która wprowadza w stan euforyczny. W sumie zakochanie można nazwać iluzorycznym stanem temporalnego szczęścia, w którym osoby czujące motyle w brzuchu zaczynają inaczej postrzegać swoje życie oraz drugą osobę obdarzoną ich uczuciem. A co jeżeli ta druga osoba nie istnieje w świecie rzeczywistym, a słychać wyłącznie jej głos? Wiem, to wydaje się bardzo abstrakcyjne, ale fabuła „Her” sprowadza się do więzi jaka powstaje pomiędzy samotnym człowiekiem, a zwerbalizowanym oprogramowaniem komputerowym.

Podchodziłam do tego filmu z dużą dozą sceptycyzmu, bo thriller wydał mi się tak bardzo oderwany od znanych mi standardów. Po pierwsze, traktowałam z nutką zażenowania fakt, że człowiek może zakochać się w programie komputerowym, chociaż znam ludzi  ubóstwiających Photoshopa, który sprawia, że czują się piękni i wyjątkowy. Ale do rzeczy. Po prostu myślałam, że ten program działa na zasadzie zakodowanego, słynnego głosu Ivony, tyle że z seksowną chrypka Scarlett Johanson. Okazało się bowiem, że ten program wykazuje cechy sztucznej inteligencji i potrafi rozwijać się mentalnie tak samo jak człowiek. Po drugie, obrazek niemożliwie zakochanego i przeszczęśliwego mężczyzny wyłącznie rozmawiającego z elektroniką a nie żywym człowiekiem, którego można dotknąć, pocałować czy przytulić, brałam za bardzo przerysowany i przesłodzony obrazek. W filmie jednak ukazano cały proces tworzenia się więzi i muszę przyznać, że wyglądał on jak typowy związek na odległość polegający na kontakcie intelektualnym i emocjonalnym, a nie fizycznym. Aczkolwiek wątki seksualne również się przewijały. Po trzecie, historia sprawiała wrażenie płytkiej i naiwnej, zakładająca brak rozsądku i zdrowej oceny sytuacji przez głównego bohatera. Później doszłam do wniosku, że w sumie, który zakochany człowiek umie trzeźwo ocenić realia skoro działa pod wpływem emocji i uczuć.

„Her” pokazał samotność i potrzebę bliskości, które w nowoczesnym świecie coraz bardziej dochodzą do głosu. Zastanawiam się, czy taka czeka nas przyszłość – zamiast mieć przyjaciół, partnera czy inne bliskie osoby, będziemy płacić za to, by ktoś lub coś zaspokajało nasz ludzki głód więzi społecznych. Mimo wszystko jesteśmy zwierzętami stadnymi i dążymy do kontaktu z innymi, dlatego długotrwała samotność tak bardzo nas niszczy od środka. Smutne, że w przetłoczonym świecie pełnym ludzi, pojedyncza jednostka czuje pustkę, niezrozumienie i dojmujący brak kochania. Tęsknota za miłością pcha ludzi do desperackich kroków, przez to tworzą sobie w głowie projekcję tego, czego rzeczywistość nie potwierdza. A nie jest tak? Wmawiamy sobie, że druga strona darzy nas uczuciem (w tym wypadku jest to inteligentny program) podczas gdy to my sami zaangażowaliśmy się za dwoje.

To jest jedynie część refleksji jakie pojawiły się w mojej głowie po obejrzeniu tego filmu. Polecam „Her” właśnie dlatego, że nie jest to kolejna komedia romantyczna, ale studium ludzkiej psychiki w globalnym świecie, który, pomimo oceanu możliwości, stopniowo odgradza nas od innych ludzi, przez to z trudem możemy zaspokoić swoje pierwotne potrzeby.

„Her”/”Ona” reż.  S. Jonze, gł. role: J. Phoenix, S. Johansson

Źródło zdjęć i fotosów: www.filmweb.pl 

admin

Barwna i uśmiechnięta doktorantka w Katedrze Prawa Podatkowego na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Białymstoku, która nie może zdecydować się na jedną pasję w życiu.

Może Ci się również spodoba