Cierpliwe czekanie

Okazuje się, że wciąż jest mnie za mało na wyciągnięcie ręki. Najwidoczniej nie lubię przepychać się łokciami w tłumie i starać się o coś, co nie zależy wyłącznie ode mnie. Mogę cierpliwie czekać, aż nadejdzie odpowiedni moment. Tyle że on nie przychodzi, boi się przyjść, nie chce przyjść i nie umie w końcu nastąpić. Nieustannie droczę się z zegarem, by przyspieszył wskazówki, a one uparcie stoją w miejscu, podczas gdy zegarek tyka na pusto. Wolałabym chyba mieć teraz gęsią skórkę wpatrując się w bombę z malejącymi liczbami w liczniku, bo przynajmniej wiedziałabym, kiedy nastąpi wybuch.

Wiercę się z założonymi rękoma. Zupełnie jak nie ja. Siedzenie na czterech literach bardzo daje się we znaki i powoduje ból, który uleczyć może prawie na pewno wstanie i znalezienie sobie nowego, wygodniejszego miejsca. Zachciało mi się siedzieć na twardym krześle. Za późno. Cierpliwość ma najwidoczniej swoje granice, które ujawniają się na skutek ciągu pozbawionych sensu zdarzeń dziejących się na moich oczach z wypadkową niejasnych sygnałów rzucanych od niechcenia.

„Czyżby to ze mną było coś nie tak?” – zadaję sobie to pytanie i za chwilę próbuję dociec, gdzie tkwi problem. Skłaniam się ku twierdzeniu, że trudnością staje się samo chodzenie, tzn. chciałoby się zrobić krok do przodu, ale obawa przed dwoma krokami do tyłu jest silniejsza. Więc pozostaje siedzenie i czekanie jak na jakiś wyrok. Ja go w dalszym ciągu nie znam.

Nigdy nie lubiłam poczekalni i kolejek. Unikałam tego na tyle, że gdy widziałam w perspektywie długie bezproduktywne godziny czekania, postanawiałam odpuścić. Najwyżej nie wyślę listu, a ten lekarz nie jest w końcu ostatnim na świecie, do którego mogę się udać. Mimo wszystko dalej czekam. Jak głupia. Skoro z mojej inteligentnej analizy wyszło, że na 99% opłaca się czekać, wpatruję się w ten zepsuty zegar, a w uszach brzęczy mi denerwujące tykanie. Tym bardziej mnie to frustruje, gdy uświadamiam sobie, że ja – człowiek czynu, zdany na siebie i swoje umiejętności, nie mogę nic zrobić, bo gdy chociażby niewinnie zapytam o drobnostkę, zegar wpada w nieprzewidywalny rezonans.

A przecież jestem na wyciągnięcie ręki. Cierpliwie czekam. Ślepa nie byłam i nie jestem, w końcu widzę, że drzwi są uchylone. Zatem czekać będę do momentu, aż ktoś mnie nareszcie stamtąd wyprowadzi, z tej dusznej poczekalni. Chwyci za wyciągniętą rękę i utrzyma na zawsze. Bo ileż mogę czekać. Już mnie tam więcej nie będzie. Zniknę daleko.

admin

Barwna i uśmiechnięta doktorantka w Katedrze Prawa Podatkowego na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Białymstoku, która nie może zdecydować się na jedną pasję w życiu.

Może Ci się również spodoba